Karol Królikowski

W związku ze śmiercią mojego brata pojawiło sie wiele informacji w mediach. Wszystkie stwierdzają niewątpliwy fakt jakim była nieoczekiwana i tragiczna śmierć Karola. Wszystkie również obarczają winą zbyt późną reakcję lekarzy. Każda z tych relacji przekłamuje jednak rzeczywistość i przedstawia wydarzenia niezgodnie z prawdą. Jako naoczny świadek wszystkich kolejnych wydarzeń z przykrością stwierdzam, że żadna relacja nie przedstawia tej smutnej historii dokładnie. Dziennikarze nie zachowali chronologii wydarzeń ani zależności przyczynowo skutkowej. Nic więc dziwnego, że dla internautów zawodowo związanych z medycyną i wiedzących na czym polega sepsa cała opowieść była kompletną bzdurą. Na internetowych forach rozpętało się w związku z tym wiele dyskusji. Jedni internauci „wieszali psy” na lekarzach. Inni wyśmiewali niespójność dziennikarskiej relacji (niestety słusznie). Sporo było obrońców lekarzy, twierdzących, że nie można sepsy rozpoznać trzy dni przed jej wystąpieniem (bo niestety z dziennikarskiej relacji wynikało, że sepsę mój brat miał już w chwili, gdy 5 dni przed śmiercią zachorował na półpasiec). Byli też tacy, którzy utożsamiali Falck z Pogotowiem Ratunkowym. Spotkałam się również z pytaniem „ile kosztuje abonament w Falcku”, co zapewne sugerowało, że mojego brata stać było na tak ekskluzywną formę opieki medycznej. Jednym słowem niedopowiedzeń, niejasności, przekłamań i kompletnie absurdalnych prób interpretacji tego co się wydarzyło było tyle, iż wymaga to kilku słów wyjaśnienia. Poniższa relacja oparta jest na tym co sama widziałam i zapamiętałam oraz na dokumentacji medycznej.

Nie zareagowali na sepsę Życie Warszawy

30 latek zmiarł, bo nie udzielono mu właściwej pomocy gazeta.pl

Zabiła go sepsa i … zła diagnoza TVN Warszawa

Śmiertelna sepsa Dzień Dobry TVN

PRAWDZIWA HISTORIA

Historia zaczęła się 3 października (sobota) 2009 r. o 8 rano, gdy Karol, chory od środy na półpasiec zadzwonił do żony i powiedział, że „umiera”. Przerażona żona zadzwoniła więc do siostry męża, mieszkającej piętro niżej, z prośbą o sprawdzenie co się dzieje. Sama była z córką w mieszkaniu na Bródnie gdzie trwał remont (dlatego chory mąż był u swojej babci na Powiślu). Siostra przyszła i po rozmowie z bratem zadzwoniła na pogotowie, które ją „spławiło” twierdząc, że ból u 30 latka chorego na półpasiec nie jest wystarczającym powodem do interwencji. Dyspozytor zasugerował wezwanie lekarza domowego.

Ok 11 30 (dopiero) w ramach NFZ przyjechał lekarz z firmy Falck (Falck ma podpisaną umowę na opiekę sobotnio-niedzielną i świąteczną z rejonową przychodnią). Już sam fakt, że młody i silny 30 latek nie wezwał taksówki i nie pojechał sam na izbę przyjęć powinno wzbudzić uzasadnione podejrzenia. Tymczasem lekarz zlekceważył to, co pacjent mówił o swoim subiektywnym samopoczuciu (że czuje bardzo silny ból i bardzo źle się czuje), nie wykonał podstawowych pomiarów (post factum twierdził, że zrobił badania, zaś w dokumentację zostały wpisane pomiary – absolutnie nierealne sądząc po stanie w jakim się chory już wówczas znajdował), zaaplikował lek przeciwbólowy i nie stwierdziwszy na skórze niepokojących zmian (gdy tymczasem zmiany na skórze – wybroczyny – były znaczne a w ich obębie występował silny ból) zwiększył tylko dawkę leku przeciwwirusowego. Dodać należy, że u Karola nie występowała wysoka temperatura typowa dla sepsy – była zbijana silnymi lekami przeciwbólowymi przepisanymi w związku z półpaśćcem. W sobotę rano organizm chorego był natomiast już tak osłabiony, że temperatura spadła poniżej 34 stopni – tego lekarz nie stwierdził, bo tak jak już zostało powiedziane nie pofatygował sie aby zbadać ciśnienie i temperaturę. Uważał, że Karol nie wymaga transportu do szpitala a procedury zabraniają przewozić chorych samochodem którym przyjechał (choć samochód ten nadawał się do transportu chorego). Lekarz dał choremu skierowanie do szpitala zakaźnego na wypadek gdyby ból po zastrzyku w ciągu 20 minut nie zelżał (podejrzewał powikłania po pólpaśćcu). Ogólna opinia lekarza o stanie chorego była pozytywna – taką ocenę wydał, ponieważ jego zdaniem chory wyglądał zdrowo (był opalony). Opalenizna, która tak skutecznie wprowadziła lekarza w błąd była pozostałością wrześniowego urlopu nad morzem.

W tym miejscu pojawia się zapewne pytanie, dlaczego rodzina nie zareagowała i na własną rękę nie zawiozła Karola do szpitala (co podnosili internauci). Po pierwsze, skoro lekarze nie potrafili prawidłowo ocenić stanu pacjenta, jak mogła tego dokonać osoba nie mająca na temat sepsy bladego pojęcia? Po drugie, na jakiej podstawie laik ma uznać, że interwencja medyczna jest już absolutnie niezbędna i zamiast czekać należy natychmiast, na własną rękę zawieźć chorego do szpitala – w takich sytuacjach wzywa się przecież pogotowie. A po trzecie, jak sprowadzić z 4 piętra bez windy mężczyznę, który ma 176 cm wzrosu, 75 kg wagi i ledwo trzyma się na nogach – w sytuacji gdy jest się drobną kobietą?! Ostatecznie właśnie to ostatnie rozwiązanie okazało się jedynym.

Po 20 minutach ból nie ustąpił a wręcz przeciwnie. Chory zrobił się fioletowo-zielony (mimo opalenizny), i miał zimny pot na czole. Nie był w stanie założyć butów. Z pomocą siostry ubrał się i zszedł na dół (a właściwie spadał na dół asekurowany przez siostrę) po czym 16 letnim nissanem micrą został zawieziony na izbę przyjęć szpitala zakaźnego – trafił tam około godz. 12. Nie czekał długo, został niemal natychmiast przyjęty, gdyż jego zły stan był widoczny gołym okiem. Lekarz wezwany na konsultację – po informacji siostry chorego, że zdiagnozowano wcześniej półpasiec – po obejrzeniu zmian na skórze – zaśmiał się i stwierdził, że jeśli to „nawet był półpasiec to bardzo dawno temu” (ta uwaga wypowiedziana została tonem sarkastycznym). Parametry Karola były już wówczas dramatyczne – 34 stopnie temperatury i ciśnienie 40/0! Niedługo potem chory trafił na oddział szpitalny – na którym leczy się choroby odzwierzęce (takie jak np. borelioza) i leżał w zwykłej, 3 osobowej sali szpitalnej z innym chorym. O 16 wezwany konsultant zrobił notatkę, w której znalazła się informacja, iż pacjent jest we „wstrząsie septycznym”. Taki ciężki przypadek nie kwalifikował się jednak do natychmiastowej interwencji i izolatki czy sali ze specjalistycznym wyposażeniem – dopiero o godzinie 20 chory został przewieziony na Lindleya na Oddział Intensywnej Terapii – najlepiej ponoć w Warszawie przystosowany do ratowania chorych z sepsą (jak twierdził lekarz wbrew procedurom, bo tam trafiają pacjenci nieprzytomni a ten chory był nadal przytomny). Dodać należy, że przedstawiciel szpitala na Lindleya przed kamerami TVN powiedział, iż pacjent w chwili przyjęcia był „w stanie agonalnym”. Oznacza to, że Karol 8 godzin umierał na oczach lekarzy, na szpitalnym oddziale. Przewiezienie go z ul. Wolskiej na ul. Lindleya okazało się niezwykle trudnym logistycznie zadaniem.

W szpitalu na Lindleya chory został uśpiony (wprowadzony w stan śpiączki farakologicznej), gdyż bardzo cierpiał. Tego wymagały też zabiegi medyczne ratujące życie. Rodzice wrócili do domu a wczesnym rankiem otrzymali telefon, że stan pacjenta się pogorszył i jest krytyczny. Przyjechali więc do szpitala i wraz z córką i zięciem siedzieli na korytarzu przed oddziałem intensywnej terapii cały dzień i część nocy. O 4 30 otrzymali informację, że pół godziny wcześniej rozpoczęła się reanimacja zakończona śmiercią ich syna. W tym czasie 5 letnia córka Karola wraz z mamą była w szpitalu dziecięcym na Niekłańskiej, ponieważ istniało u niej podejrzenie sepsy.

Można oczywiście przyjąć, że nie sposób zdiagnozować sepsy w „warunkach domowych” a lekarz nie jest jasnowidzem. Cóż, lekarz który opiekował się Karolem przez 8 godzin nie był w domu tylko w szpitalu i miał do dyspozycji oprócz intuicji i wiedzy również pełną diagnostykę medyczną. Lekarz z Falca również nie „wróżył z fusów” – stan Karola był bowiem już wówczas ciężki. Wystarczyło życzliwie spojrzeć, zmierzyć ciśnienie i temperaturę oraz uwierzyć w to co pacjent mówił. Tymczasem lekarka była „nabzdyczona” i nie miała woli pomocy. Dyspozytor Pogotowia Ratunkowego miał tu najbardziej niewdzięczną rolę – ale być może powinien się był jednak chwilę zastanowić nad tym dlaczego ktoś rano w sobotę wzywa pomoc do chorego trzydziestolatka. Nic nie tłumaczy bezwładu służb medycznych, które sprawiły, że właściwa (choć nieskuteczna już) pomoc przyszła po 12 godzinach od chwili, gdy chory po raz pierwszy dał znać, iż dzieje się z nim coś złego. Wszelkie lekarskie tłumaczenia w świetle przytoczonych wyżej faktów są tylko żałosnym usprawiedliwianiem niemocy i nieudolności. Ostatecznie przecież 8 godzin chory spędził nie gdzie indziej jak w szpitalu (4 godziny od chwili stwierdzenia wstrząsu septycznego). Nikt jednak nie czuje się odpowiedzialny. Ani Pogotowie, ani Falck, ani lekarze z Wolskiej.

Absolutnym skandalem należy nazwać wypowiedź rzecznika Pogotowia Ratunkowego, który przed kamerami TVN tłumaczył zachowanie swojego dyspozytora. Jego zdaniem wszystko było w porządku i „zgodnie z procedurami”. Na stwierdzenie dziennikarza, że przecież „pacjent zmarł” – rzecznik profesjonalnie odpowiedział: „tak się zdarza”. Tak powiedział rzecznik instytucji powołanej do ratowania ludzkiego życia.


 

W ten oto sposób stracił życie młody, silny mężczyzna. Syn, brat, mąż i przede wszystkim ojciec. Nikt mi nie powie, że winny był tylko i wyłącznie „ślepy los”. Sprawa o nieumyślne spowodowanie śmierci została skierowana do prokuratury. I mam nadzieję, że winni tej bezsensownej tragedii zostaną przykładnie ukarani.